Stronę odwiedziło 41348 osób | On-line: 2

Tomasz Ulatowski prowadzi tę stronę:)

Menu

Moim zdaniem

WOLNOŚĆ W BOK OD SZOSY...

Ślimacząca się od półtora roku modernizacja szosy wojewódzkiej 617 – trasy, którą codziennie przemierzam do pracy, w tę i z powrotem – często zmuszała mnie do korzystania z różnych objazdów, bocznymi wiejskimi drogami. Drogi te – mimo, że głównie „przez pola, lasy wiodą”, bardziej niż przez wsie – w niczym nie przypominają tych wyboistych, zwykle z wsią kojarzonych. W ostatnich latach – na szczęście – większość z nich pięknie wyremontowano i wygładzono asfaltowym dywanikiem, przeważnie za pieniądze powiatowe i unijne. Śmiem twierdzić, że nawet owa szosa wojewódzka 617, po ukończeniu nie będzie miała tak dobrej nawierzchni.
Podróżując więc przymusowo bocznymi drogami , miałem okazję zaobserwować osobliwe i – co tu dużo gadać – masowe zjawisko. Otóż – zero włączonych świateł mijania w dzień, zero zapinania pasów w samochodach, zero kasków na głowach dorosłych motocyklistów i rowerzystów! Być może kogoś zbulwersuję, ale nie mam zamiaru ukrywać, że mi się to... bardzo podoba.

Przyznaję jednak ze wstydem – sam pasy zapinam i palę za dnia światła samochodu, mimo pięknej słonecznej pogody – ale robię to na ogół z powodów finansowych, chroniąc portfel rodzinny przed mandatem.
Co więcej – również ze wstydem – przyznaję, że podczas pierwszych objazdów, z tego samego powodu tj. w trosce o portfel bliźniego, nadjeżdżającego z przeciwka, zdarzało mi się „mrugnąć” do niego światłami, by przypomnieć o uciążliwym powszechnym obowiązku. Za każdym z tych "razów” szybko jednak otrzeźwiał mnie widok jego palca pukającego w czoło.
I dobrze ci tak Ulatowski – otrząśnij się i zamiast świateł włącz myślenie! Brak respektu dla wspomnianych tu przepisów ruchu drogowego nie jest – jak z tego wynika – incydentem, ale raczej niepisanym kodeksem honorowym w imię resztek wolności i zdrowego rozsądku do ocalenia, przynajmniej w enklawach „w bok od głównej szosy”. Jest w tym jakiś symbol – znak czasu i protestu. Budzący się bunt kierowców przeciwko niedorzecznym rygorom.

Zawsze, kiedy rozmawiam na temat zapinania pasów, słyszę„No wiesz..., ale wielu ocaliły one życie...” O'Key – zgadzam się, ale porozmawiajcie też z agentami ubezpieczeniowymi i policjantami – tylko tymi uczciwymi i oczywiście prywatnie – a opowiedzą Wam, ilu ludzi spłonęło żywcem w zgniecionych maszynach, bo połamanymi rękami nie mogli się odpiąć, albo ile osób, jako jedyne z jadących, ocalało przed płomieniami, bo w porę wypadło z aut właśnie z braku pasów. Państwo „przymusem zapinania” – bardziej lub mniej świadomie – przyjmuje na siebie odpowiedzialność za śmierć w takich wypadkach, wystawiając się na roszczenia odszkodowawcze rodzin ofiar. Całe szczęście, że naród u nas jeszcze z czasów komuny zahukany i stosunkowo nierychliwy do procesów z władzą – nie tak, jak np. w Ameryce.

To nie brak pasów jest przecież przyczyną wypadków. Przyczyny są zupełnie inne. Co ciekawe – to właśnie zapięte pasy, paradoksalnie mogą niekiedy pośrednio zwiększać zagrożenie – niewygoda unieruchomienia nimi wywołuje niepotrzebną nerwowość, a w następstwie impulsywność reakcji u kierujacych (włącznie z piszącym te słowa).
W tym miejscu z naciskiem pragnę podkreślić – występując PRZECIWKO PRZYMUSOWI zapinania pasów w czasie jazdy, NIE JESTEM przeciwny ich zapinaniu w ogóle
Każdy normalny dorosły człowiek powinien co do tego po prostu ...MIEĆ WYBÓR! To przecież w końcu MOJE życie i MOJE zdrowie! Podróżując bez pasów narażam wyłącznie siebie.

Chociaż w tym miejscu ktoś może rzecz jasna ripostować – „Zaraz, zaraz – szkodzisz nie tylko sobie, bo przecież państwo będzie musiało posprzątać po wypadku zarówno Ciebie jak i wrak Twojego auta. Poniesie na to określone wydatki, a w następstwie także straty choćby w PKB z powodu Twojej czasowej lub ostatecznej absencji w pracy itp. itd.”

Jeśli chodzi o „wydatki państwa” na „posprzątanie” resztek po mnie – to każdy, kto osobiście wypełnia swój PIT na koniec roku, doskonale wie, że państwo z góry już wzięło za to pieniążki i to ze znaczną nawiązką. Co zaś do państwowych, aż tak daleko idących, „strat w PKB” w następstwie mojej „absencji” na tym łez padole – tu dotykamy sedna problemu – czy obywatel jest własnością państwa? Porozmawiajcie trochę dłużej ze znajomymi, a zdziwicie się, jak wielu ugrzęzło w tym mentalnym schemacie.

Z kaskami motocyklowymi jest wbrew pozorom tak samo, jak z pasami.Zalecać, ostrzegać, doradzać, ale nie nakazywać lub karać za ich brak. Każdy wypadek przebiega przecież inaczej.
Pomijając już względy podstawowe – bezpieczeństwa i wyboru – człowiek wygląda w kasku niepoważnie. Przynajmniej moim zdaniem. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa (początek lat 60-tych), jak wspaniale wyglądali mężczyźni w garniturach i pod krawatem na skuterach „Lambretta”. To był krzyk mody i szczyt elegancji. Na takim skuterze pięknie prezentowała się aktorska para – Gregory Peck i Audrey Hepburn, mknąc obok Koloseum w „Rzymskich wakacjach” – filmowym szlagierze mniej więcej z tamtych lat. Rzymskie wakacje - Peck, Hepburn i Lambretta - Czy ktoś ubierałby ich w kaski?.. Czy ktoś ubierałby ich w kaski?.. A wyobraźmy sobie np. Pecka lub innego amanta, na motocyklu w tzw. „orzeszku” na głowie (młodsze pokolenie niech poszuka w google!). Najlepiej, żeby jeszcze jeździł w kółko przed sklepem GS-u (młodsze pokolenie niech jeszcze raz poszuka w google!...). Albo, ile traci typ męskiego Harley’owca o rozwianym włosie, wbity choćby w „bellę” niczym w kaganiec?.. Nie ten klimat!

A teraz kilka słów o głupocie jazdy w pogodne dni na światłach mijania. Kiedyś, kiedy w taki dzień znajdowałem się naprzeciw kawalkady samochodów, z których tylko jeden lub dwa miały włączone światła, choć nie było jeszcze obowiązku – akurat te były świetnie widoczne i głównie na nie zwracano uwagę. Jakiś geniusz wymyślił, że jak wszystkie będą oświetlone – to wszystkie będą „jeszcze świetniej widoczne”. Teraz, kiedy jadę i widzę spośród masy oświetlonych aut kilka bez świateł – to właśnie one przyciągają wzrok najszybciej. Proste! To jest najbardziej zauważalne... co się WYRÓŻNIA!
Ale z tego najlepiej zdają sobie sprawę chyba tylko dzieci...
Jeśli ktoś w biały dzień nie widzi samochodów i potrzebuje do tego aż zapalonych świateł, to niech zwyczajnie... zostanie lepiej w domu.
Warto wspomnieć, że głupota owa, wkroczyla do naszego życia ustawą z 17 kwietnia 2007r., autorstwa Platformy Obywatelskiej, podającej się za partię rzekomo liberalną.(!)

Powołujemy się na standardy europejskie, a przecież 20 listopada 2007 Komisja Europejska wycofała się z zamiaru rekomendowania państwom członkowskim wprowadzenia nakazu jazdy z włączonymi światłami mijania, ze względu na wątpliwości odnośnie wpływu takiej regulacji na bezpieczeństwo ruchu drogowego.
Amerykańska Narodowa Agencja Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego (NHTSA) opublikowała raport zawierający badania przeprowadzone niezależnie m.in. przez University of Michigan i The Insurance Institute for Highway Safety, wykazujące, że używanie w dzień świateł mijania lub świateł do jazdy dziennej nie wpływa na wzrost bezpieczeństwa drogowego, natomiast może mieć skutki uboczne dla pieszych i motocyklistów.
W Polsce wielu specjalistów podziela tę opinię. Zbigniew Jabłoński, biegły sądowy z zakresu rekonstrukcji wypadków drogowych twierdzi, że na ponad dziesięć tysięcy badanych przez niego zdarzeń w żadnym przyczyną nie był brak świateł w dzień w warunkach dobrej widoczności. Podobnej pozycji nie ma również w policyjnych statystykach wypadków drogowych. Także zdaniem dr-a Sławomira Gołębiowskiego, eksperta ds. bezpieczeństwa ruchu, byłego pracownika Instytutu Transportu Samochodowego – wprowadzenie w Polsce w 1991 roku nakazu jazdy z włączonymi światłami mijania w okresie jesienno-zimowym nie miało pozytywnego wpływu na liczbę zderzeń samochodów ani wypadków z pieszymi. W miesiącach jesiennych i zimowych w sezonie 1990/91 do 45% wypadków dochodziło w dzień. Po wprowadzeniu nowych przepisów, ten odsetek się nie zmienił.
Nie będę tutaj mnożył przykładów bezsensowności tego przepisu. Z całą ich plejadą można zapoznać się na stronie internetowej Kampanii Społecznej pod hasłem „Wyłącz światła – włącz myślenie!”. Warto w szczególności zwrócić wagę na opublikowaną tam listę zwolenników przepisu – są to głównie... producenci oświetlenia samochodowego.
Nadmieniam przy tym, że swego niezadowolenia nie kieruję pod adresem wszystkich ograniczeń z kodeksu ruchu drogowego, albo – co gorsza – z całego prawa w ogóle. Boże broń! Jakieś nakazy i zakazy być muszą pro publico bono.

Mnie chodzi o przypadki dotyczące mojej osoby, w których ja sam poniósłbym ewentualne konsekwencje i co do których to wyłącznie ja powinienem o sobie stanowić.
Opisane przeze mnie tutaj trzy niedorzeczne przepisy, to – jak dobrze wiemy – zaledwie odpryski z całej lawiny nakazowo-rozdzielczych bzdur, jaka nas przytłacza. Bo w kolejności mamy przecież pomysł zakazu palenia papierosów w samochodach osobowych (choć, jeśli jeżdżę samotnie – to przecież moja sprawa, a z pasażerami możemy po prostu uzgodnić...). Na tym samym mechanizmie zasadza się także cały model państwa opiekuńczego, z jego redystrybucją środków z kieszeni podatnika na tzw. bezpłatną oświatę i służbę zdrowia z opieką społeczną włącznie – jakbym miał zrobić sobie krzywdę własnymi pieniędzmi, gdybym płacił bezpośrednio lekarzowi, albo szkole...
Ale w tym wszystkim – wbrew pozorom – najgorsze nie jest to, że państwo odbierając prawo wyboru i traktując obywateli przedmiotowo, odziera ich z godności. Najgorszym jest uczynienie standardu z ubezwłasnowolnienia oraz permanentna akceptacja tego stanu przez większość społeczeństwa..
Najgorsze także nie jest to, że za pozorami „opiekuńczości” kryje się w gruncie rzeczy grabież (pasy, kaski, światła w pogodny dzień – to w istocie tylko kolejne preteksty do ściągania mandatów, podobnie jak gigantyczne marnotrawstwo pod pozorem publicznej oświaty, opieki i lecznictwa). Najgorszym jest uczynienie standardu z ubezwłasnowolnienia oraz permanentna akceptacja tego stanu przez większość społeczeństwa. Dlatego sprzeciwiajmy się i mówmy o tym głośno, gdzie tylko możemy i jak możemy. Dobrze, że zostały chociaż takie ostoje wolności, jak internet, gdzie np. można organizować społeczne akcje sprzeciwu. Albo takie, jak moje „objazdy w bok od głównej szosy”, gdzie protest nawet poszedł w czyn i chociaż pozwala się odreagować...

Tomasz Ulatowski, wrzesień 2011



-->inne wpisy i felietony w "Moim zdaniem"



-->Powrót do strony głównej


Czekam na Twoją opinię o tym...


Ksywka*


Tekst*


Przepisz kod*
kod