Stronę odwiedziło 41348 osób | On-line: 2

Tomasz Ulatowski prowadzi tę stronę:)

Menu

Moim zdaniem

DŻEM Z OWOCÓW LEŚNYCH...

Parę dni temu podczas zakupów w spożywczaku wpadł mi w ręce słoiczek „Dżemu z owoców leśnych” – produkt „Agrovity”. Nie byłoby w tym niczego godnego opisywania, gdyby nie fakt, że wbrew nazwie na etykiecie, w składzie podanym z drugiej strony dominowały... truskawki, zaś jagód jedynie śladowe ilości. Im bardziej wpatrywałem się w galaretowatą, jasnoczerwoną maź, im bardziej się w nią zagłębiałem w poszukiwaniu jagodowego smaku lasu, tym trudniej było mi go bez zwątpienia stwierdzić. Przypomniała mi się przy tym bajka o Kubusiu Puchatku, kiedy to ten sympatyczny miś postanowił odwiedzić swego przyjaciela – Prosiaczka – w jego domku. Wiele wskazywało, że Prosiaczek powinien być w środku, ale im bardziej Kubuś wypatrywał przyjaciela we wnętrzu, im bardziej go z utęsknieniem wyczekiwał, tym bardziej zdawało się go jednak tam nie być.
No właśnie – z tym Prosiaczkiem od Kubusia i z owocami leśnymi w moim dżemie jest zupełnie, jak z doszukiwaniem się prawdy w naszym życiu publicznym, a zwłaszcza w różnych oficjalnych odgórnych posunięciach i doniesieniach. Im bardziej jej tam wypatrujemy, tym bardziej jej tam nie ma. No, może na kilogram „truskawek” przedstawianych jako owoce leśne, wrzucą nam co najwyżej jakieś dwie zabłąkane „jagódki”.

Jagódki Napieralskiego...

W poprzednim felietonie „Wstyd i hańba” z sierpnia br., zapowiadałem m.in. niechybną nagonkę na krzyże w miejscach publicznych, planowaną przez tzw. postępowe środowiska, oczywiście w imię ratowania „tolerancji” i „laickości” naszego państwa. Nie trzeba było długo czekać, by pojawiły się kolejne jaskółki. Oto pan Napieralski w zapowiedziach nowinek programowych SLD, podkreśla potrzebę ponownego wyprowadzenia religii ze szkół do kościołów, uzasadniając iż szkolne sale lekcyjne – obecnie zajęte na salki katechetyczne – bardziej potrzebne są na dodatkowe pracownie komputerowe. Ot – jakie to przemyślane i szlachetne... I z jaką troską wypowiedziane! Troska nakazywałaby jednak rzetelność działania i uprzednie sprawdzenie faktycznego stanu rzeczy. Ale po co? Nadal rządzi przecież zasada – „kto Wam tyle da, co ja obiecam?...” Doszukiwać się tutaj jagódek nie ma co – prawda jest zupełnie gdzie indziej. Gdyby ludzie od Napieralskiego naprawdę byli tacy troskliwi i sumienni – sprawdziliby, że religia w szkołach z reguły nie ma sal na wyłączność, lecz na wzór innych przedmiotów, dzieli wespół różne pomieszczenia. Nie wnikajmy też już skąd dobrodzieje z SLD wezmą pieniądze na wyposażenie w komputery tylu klas wydartych z religijnych szponów. (No przecież, że nie wezmą z osobistych pensji!).

Nakrywanie wstydu...

Coraz mniej argumentów na obronę ma rząd w sprawie swojej opieszałości po smoleńskiej katastrofie. Wyszedł wreszcie na jaw fakt, iż polska strona bezpośrednio po wypadku, lekkomyślnie odrzuciła rosyjską propozycję przewodniczenia wspólnej komisji badającej okoliczności katastrofy, oddając tym samym całe śledztwo w ręce Rosjan. Teraz, po sześciu miesiącach zdecydowano się posłać archeologów na miejsce wypadku oraz wywalczyć nakrycie szczątków samolotu. Ciekawe – komu to i na co? Cóż to odkrywczego mogą zdziałać nawet bardzo profesjonalni archeologowie, grzebiąc w bagnie w strugach deszczu – zwłaszcza, że od pół roku teren przegrzebywały przed nimi gromady miejscowych „archeologów-amatorów”. Cóż ma na celu przykrywanie po tak długim czasie wraku polskiego samolotu – dowodu w sprawie – setki razy przewalanego przez niewiadomo kogo?
Chyba, że są to właśnie owe jagódki mające nadrobić wcześniejszy dżem z „leśnych truskawek”...

Nowa świecka tradycja...

We wspomnianym felietonie pisałem także o narodzinach nowej świeckiej tradycji. Inaczej mówiąc – rodzimej propagandzie przyszło na świat nowe dziecię w miejsce starego bękarta. Przez całe lata uwagę społeczeństwa odwracano bowiem od spraw dla władz niewygodnych, wywlekaniem tematu aborcji – w istocie bez zamiaru wniesienia doń czegokolwiek. Obecnie modniejszym „odciągaczem” zdają się być właśnie „krzyże i potrzeba laickości”. A ostatnio nawet z nieba spadła sprawa tzw. dopalaczy.
Rozniecony sztucznie konflikt wokół krzyża spod prezydenckiego pałacu wymknął się oficjalnym propagandystom spod kontroli, czego wyrazem stały się różne ekscesy z głębi kraju, jak np. dewastacja krzyży w Przemyślu.

Dopalanie dopalaczy...

Jeśli chodzi zaś o dopalacze – nie można oczywiście żartować, bo to problem poważny. Ze zjawiskiem tym zdecydowanie trzeba walczyć, ale walczyć skutecznie. Natomiast rozwiązania proponowane przez rząd i polityków nie tylko mnie zaskakują, ale wręcz niepokoją. Uwaga tych państwa zdaje się koncentrować głównie, a może nawet jedynie, na uchwaleniu odpowiedniej ustawy, która zakazałaby handlu tymi groźnymi specyfikami lub drastycznie go ograniczyła. Parlamentarzystów i urzędników cechuje jakieś dziwne przekonanie, że odpowiedni przepis załatwia wszystko i wraz z jego uchwaleniem problem przestaje istnieć. Dla mnie jest logiczne i oczywiste, że handel jakimś towarem – także narkotykami, dopalaczami i innym świństwem – upada wtedy, gdy staje się nieopłacalny. Przede wszystkim, gdy spada popyt. Zakazy, ani reglamentacja z pewnością takiego spadku popytu i opłacalności nie wywołują, a wręcz nakręcają cenę, prowokując przy okazji bardziej wyrafinowane formy „podziemnego handlu”. Mamy przecież choćby przykład amerykańskiej prohibicji z lat dwudziestych, czy historię polskiego bimbrownictwa, na których wręcz wyrosły fortuny. To nie żandarm, lecz ekonomia najskuteczniej załatwia sprawę.
Żeby zacząć zmniejszać ów popyt na dopalacze, zamiast tworzyć nowe urzędy i stanowiska, czy nawet zamiast stawiać na baczność policjanta przy każdym handlowym narożniku – lepiej rozpocząć masową akcję uświadamiania – głównie młodzieży – spustoszenia, jakie wywołują wspomniane substancje. Należy zacząć kreować swoistą „kontrmodę”. Taka akcja to przede wszystkim zadanie dla rodziców, profesjonalnych terapeutów i wyspecjalizowanych organizacji z kościołem włącznie.
Zadaję sobie przy tym pytanie – czyżby wykształceni ludzie ze szczytów władzy – otoczeni rozmaitymi ekspertami od ekonomii, socjologii, czy psychologii – o tym nie wiedzieli?... Jeśli cała wrzawa ma zaledwie posłużyć jako pretekst do koncesjonowania handlu dopalaczami, to już widzę pękate kieszenie urzędników odpowiedzialnych za tę reglamentację.
O co więc naprawdę chodzi – czy czasem i w tym temacie ktoś nie próbuje nas posłać do lasu na truskawki?...

U nas też normalnie...

A teraz coś z moich stron rodzinnych – w Przasnyszu wieść gminna niesie, że tutejszy prezes PiS, pan Tomasz Osowski jakoby doprowadził do zawieszenia w członkostwie tej partii swego niedawnego kolegi, a obecnie rywala w kampanii o stanowisko burmistrza miasta – Krzysztofa Bieńkowskiego. Powodem zawieszenia ponoć przyklepanego przez władze wojewódzkie partii ma być rzekoma aktywność rozłamowa pana Krzysztofa, szkodząca jedności i dobremu imieniu partii. Owe władze partyjne natomiast nic do zarzucenia nie miały panu Tomaszowi Osowskiemu w związku z jego niepotrzebnym osobistym zaangażowaniem w rozstrzygnięcie konkursu na dyrektora miejscowego LO. Jeśli to wszystko prawda, to ja na miejscu pana Krzysztofa dałbym sobie spokój z taką partią, kwitując rzecz słowami pewnego chłopa krytykowanego przez jakichś "wykształciuchów z warszawki". Ów chłop na ich „antelygentną nowomowę”, że niby „pejoratywny, nieadekwatny jakiś itp.” – odpowiedział krótko: „A ja Panów też w dupie...”

Przykłady takich dziwnych dżemów w życiu można by jeszcze długo przytaczać.
Przed nami wybory samorządowe – wielu kandydatów i wiele ich deklaracji. Wśród nich i tacy, że trudno będzie odróżnić – czy to jeszcze płaszcz Rokity, czy już sweter Kononowicza. Smarowidła pewnie będą mieli też przednie i znacznie ciekawsze niż te leśne truskawki z mojego niepozornego słoiczka..

Tomasz Ulatowski, październik 2010
/Czekam na Twój komentarz.../



inne wpisy i felietony w "Moim zdaniem"

Ksywka*


Tekst*


Przepisz kod*
kod