Stronę odwiedziło 52111 osób | On-line: 1

Tomasz Ulatowski prowadzi tę stronę:)

Menu

Moim zdaniem

EXTRA KASA – MEGA KIERAT!

(czyli moje - starego Scroogea - wynurzenia około-wigilijne...)


Kilka dni temu przy okazji jakiejś tam kawki, jedna z moich koleżanek zaczęła głośno fantazjować, czego to by sobie nakupowała i jak wspaniale zmieniłoby się jej życie, gdyby nagle wygrała w "totka".
– Czy koniecznie musi to być akurat wygrana w totka?
– Jasne, że nie! Może to być w ogóle jakaś inna większa kasa, ale zarobiona tak... extra. „Wtedy bym sobie nakupowała i poczułabym się naprawdę wolna...”

No właśnie – z jakiegoś totka albo innej „extra-kasy”, bo w zwykłe dorobienie się z uczciwej pracy w kraju nad Wisłą, to już raczej nikt nie uwierzy. Racja, ale ten wątek tymczasem pozostawiam na boku.

Czy pieniądze dają wolność? Ja twierdzę, że w znacznym stopniu... tak. Jednak samo „nakupowanie sobie” – już przeważnie... nie.
Jasne, że nie powinienem iść przez życie mając w miejsce oczu dwa złote krugerandy, ale też hippisowska wolność bez pieniędzy to zwykła hipokryzja. Przecież – jak ktoś powiedział – nie najem się samą filozofią kotleta. Hippisi, którzy w końcu zapragną żarcia, albo szlugów, też zaczynają się rozglądać wiadomo za czym.
Sęk w tym, żeby wiedzieć, czego wymagać od pieniądza, a nie czego pieniądz wymaga.

Im więcej spada na mnie "łatwych pieniędzy", tym większa pokusa konsumpcyjna. Zwłaszcza łatwy pieniądz (wygrany, zarobiony bez wysiłku, niespodziewany) obliguje do podzielenia się z bliźnim. Oczywiście tym naprawdę wymagającym opieki. Ba, ale z altruizmem to w takich wypadkach nie wypadamy najlepiej. Wtedy powiada się zwykle, że łatwy pieniądz – łatwo psuje charakter.
Jest to, mówiąc wprost, próba zrzucenia winy z własnych skłonności na banknoty.

„Nakupuję sobie – poczuję się wolna” – koncepcja prowadząca raczej w pułapkę zniewolenia, niż do wolności. Większość ludzi, chwytając tzw. extra-kasę, chce szybko polepszyć poziom swojego życia np. mieć lepsze mieszkanie, lepszy samochód, lepszy internet, lepszy telefon z większym pakietem rozmów i sms-ów, lepsze ubezpieczenie, lepszą ochronę, lepsze ubrania itp. Czyniąc stosowne zakupy, nieświadomie generują przeważnie stałe wydatki na kolejne miesiące, co wynika z charakteru zawartych transakcji; lepszy internet wiąże się z wyższym abonamentem, luksusowe auto zużywa więcej paliwa i ma droższy serwis, za wypasiony pakiet telefoniczny są droższe opłaty, utrzymanie apartamentu w apartamentowcu też kosztuje itd. itd. Żeby utrzymać ten polepszony status, będą musieli teraz zakasać na nowo rękawy i zdrowo zasuwać. Wierzę w tym miejscu, że bogatym również może nie starczać do pierwszego...

Tylko niewielka część ludzi rzeczywiście zainwestowałaby swoje nowe dochody. Sporej części inwestycje bowiem mylą się z konsumpcją, np. ktoś budujący dom jednorodzinny, powiada, że tym samym "robi inwestycję", panienka kupująca kieckę na sylwestra twierdzi, że "inwestuje w siebie". Dom jednorodzinny byłby inwestycją tylko z zamiarem rychłej sprzedaży, a o sukience na sylwestra jako inwestycji – wybaczcie, że nie wspomnę.

Robert Kiyosaki w swoim bestsellerze „Bogaty ojciec, biedny ojciec”, rozważając ten sam problem, wspomina o człowieku, który zamiast kupić za spadek wymarzony drogi jacht do samotnych rejsów, nabył najpierw kilka domków pod wynajem. Czynszem z domków spłacał raty pożyczki na jacht, a potem również z czynszu finansował pozostałe plany. Gdyby wydał cash od razu, nie miałby już na nic innego – nawet na dalsze utrzymanie swego wyśnionego pełnomorskiego żaglowca.

Pewien mój kolega posiada setkę garaży, wybudowanych na przestrzeni lat głównie systemem gospodarczym, które wynajmuje innym. Świetna sprawa, bo stosunkowo tania w utrzymaniu i mało pracochłonna. Kolega wstaje sobie... o trzynastej rano, poczyta gazetkę, porządzi w domu, spotka się ze znajomymi, poduma nad życiem. I właśnie o to chodzi! Żeby zaprzęgnąć pieniądze do roboty, a nie uganiać się za nimi do utraty tchu. To one mają dla nas pracować, a nie my mamy ciągle harować dla nich, na dodatek kosztem zdrowia i życia. Wtedy dopiero dają wolność. Warto o tym pamiętać, zwłaszcza w ferworze przedświątecznych zakupowych szaleństw.

Nauczmy się wymagać od siebie i od pieniądza, zamiast czynić z niego kierat z samym sobą w zaprzęgu. Takiej oto władzy nad pieniądzem, sobie i Tobie serdecznie życzę już od jutra, a najpóźniej w nadchodzącym roku.

Tomasz Ulatowski, grudzień 2009
/Czekam na Twój komentarz.../



inne wpisy i felietony w "Moim zdaniem"

Ksywka*


Tekst*


Przepisz kod*
kod