Stronę odwiedziło 40767 osób | On-line: 1

Tomasz Ulatowski prowadzi tę stronę:)

Menu

Podróże

---->Jordania – Ziemia cudów... / Autor Tomasz Ulatowski, 2008

Wadi Ramm w południowej Jordanii, jest pustynią zupełnie inną niż te, które dotychczas mogłem oglądać. W Maroku, Tunezji, Egipcie – zwykle były to olbrzymie, piaszczyste przestrzenie – płaskie, albo pofałdowane wydmami.
Tutaj jest zupełnie inaczej. Teren gęsto usiany gigantycznymi skalnymi ostańcami o stromych ścianach, wysokimi przeciętnie na kilkaset metrów. Krajobraz trochę przypomina – znaną choćby z westernów – Monument Valley w Utah. Jednak formacje skalne na Wadi Ramm, też podobne do gigantycznych kamiennych stołów, nie są aż tak odległe od siebie. Tworzą w wielu miejscach cieniste kaniony.
Pomiędzy skałami wiją się połacie czerwonych piasków. Odcienie tej czerwieni wspaniale licują z pistacjową barwą, widocznych tu i ówdzie, skąpych zarośli. Najlepszą porą na rekonesans po tym „cudzie natury” jest wczesny świt lub popołudnie. Słońce nie jest wtedy natarczywe, a jego promienie wydobywają całą gamę kolorów i kontrastów.
Urzeka również cisza tego miejsca, kojąca i skłaniająca do refleksji.

W Wadi Ramm można się naprawdę zakochać. To właśnie pod jej wpływem Thomas Edward Lawrence przeszedł metamorfozę , stając się z oficera brytyjskiego wywiadu słynnym bohaterem Bliskiego Wschodu – Lawrencem z Arabii. Rzecz miała miejsce blisko 100 lat temu, podczas pierwszej wojny światowej. Na kanwie tamtych faktów historycznych David Lean nakręcił swoje oskarowe arcydzieło filmowe –„Lawrence z Arabii” z Peterem O’Tool w roli tytułowej, tworząc je zresztą w znacznej części w tutejszych plenerach.

W jordańskiej pustyni nie tylko można się „zadurzyć”, ale też wiele jej wybaczyć – jak choćby rozklekotaną odkrytą ciężarówkę, którą właśnie się przemieszczam w tumanach kurzu, wznoszonych przez tego gruchota. Podróżuję chyba tak samo, jak podróżowano tędy pięćdziesiąt lat temu. Skrzynia auta mieści pod baldachimem 6-8 osób. Podążamy w grupce kilku podobnych pojazdów. Właśnie z lewej, za nami, niknie monumentalne gmaszysko skalne – „Siedem Filarów Mądrości”, podobnie nazwane jak powieść T.E. Lawrence’a. Powoli mijamy beduińską wioskę Ramm, kierując się rozległym wąwozem pomiędzy olbrzymimi pasmami skał Dżabal Ramm (1754 m n.p.m.) i Dżabal Um-Ishrin (1753 m n.p.m.). Przed nami teren nieznacznie opada w dół, otwierając imponującą panoramę pustyni z całym bogactwem jej formacji kamienno-piaskowych.

Po około ośmiu kilometrach jazdy docieramy na postój, w pobliże skał Dżabal Khazali. Ta część pustyni zwana jest „Strefą czerwonych wydm”. Staję na chwilę kierując wzrok na południowy stok Dżabal Um-Ishrin i czuję, jakbym przeniósł się w czasy z filmu o słynnym Lawrensie z Arabii – Lwie Hidżazu. Dokładnie w tym miejscu reżyser usytuował wielki obóz beduinów, których Lawrence fortelem zwerbował do marszu na Akabę, opanowaną przez Turków. Beduinom przewodził dumny, choć trochę tępawy – Auda Abu Tayi (postać historycznie autentyczna, podobnie jak sam T.E. Lawrence. Zachowały się nawet ich zdjęcia). Lawrence jest w tych stronach do dziś dobrze wspominany – Arabowie wiele mu zawdzięczają. Na jego cześć m.in. nazwano część masywu Dżabal Ramm – „Źródła Lawrence’a” – załom skalny z niewielkim stawem, w którym dowodzeni przez niego powstańcy poili konie i wielbłądy.

W pobliskim kanionie Khazali można oglądać wyryte w skałach inskrypcje, pochodzące z początku naszej ery, wykonane przez mieszkających na tych terenach Nabatejczyków. Pozostałości ich świątyni - ku czci bogini Allat, znajdują się w pobliżu wioski Ramm, u wrót pustyni. Podobne tajemnicze inskrypcje można zresztą spotkać tutaj w wielu miejscach (Inskrypcje Anfashieh).

Tereny te są obecnie objęte ochroną. Stanowią jordański rezerwat Wadi Ramm Protected Area. Wizyty turystów są więc limitowane, choć przyjeżdża ich tu i tak nie mało, by podziwiać krajobrazy m.in. z naturalnych skalnych mostów, zażywać wrażeń z noclegów w beduińskich namiotach pod rozgwieżdżonym niebem, napawać się widokiem wschodów słońca, a nawet żeby latać na lotniach i skakać na spadochronach ze skał.

Pod koniec dnia zapadamy całą grupą przed beduińskim namiotem. Przy tutejszej herbatce oglądamy zachód słońca.
Za jakieś pół godziny znów tłuczemy się naszymi "klakami" po pustynnych wertepach. Wracamy pod "Siedem Filarów", by stamtąd ruszyć autokarem na nocleg do Ammanu.

Do Akaby...

Ale wróćmy do samego początku... Podróż do Jordanii zaczęła się rannym wyjazdem z egipskiego Sharm El Sheikh na Synaju w kierunku Taby. Stamtąd – a konkretnie z Nuwejby (Nuwaiba) – dalej, małym statkiem przez Morze Czerwone do Akaby.

Nuwejba jest niewielką egipską miejscowością portową, blisko granicy z Izraelem, godną polecenia na wypoczynek zwłaszcza dla osób nie lubiących zgiełkliwych, zatłoczonych kurortów. Urzeka przede wszystkim plażą z mnóstwem powyciąganych na brzeg starych kolorowych łodzi, wstęgami suszących się rybackich sieci, rozproszonymi tuż przy niej domeczkami z piaskowca, krytymi trzciną – podobnie, jak dające cień tutejsze plażowe parasole. Wiatr kołyszący palmy i pędzący morskie fale, a do tego intensywny i niepowtarzalny lazur morskiej wody –stanowią idealny krajobraz do filmowego romansu.

Akaba jest z kolei jedynym jordańskim portem na wąziutkim pasie wybrzeża (zaledwie 27 km linii brzegowej). Przypuszcza się, że nieopodal niej leżały biblijne miasta – Esjon-Geber i Elat – istnieje bowiem od X w. p.n.e. W czasach rzymskich biegł tędy ważny szlak z Damaszku do Egiptu i Palestyny. Port jest starannie zagospodarowany. Już z daleka od strony morza widać jordańską flagę państwową na 127-metrowym maszcie.

Rejs z Nuwejby do Akaby trwa nieco ponad pół godziny i co tu dużo mówić – sprawia frajdę. Upierdliwe są jedynie odprawy graniczne – egipska i jordańska (zarówno jedni jak i drudzy upatrzyli sobie właśnie mnie do kontroli bagażowej). Podróżowanie morzem ma ominąć jeszcze jedną odprawę – izraelską, a zwłaszcza izraelskie stemple w paszportach, niemile widziane w krajach arabskich (głównie w Syrii, którą także mamy w planach).
Tuż po granicznej "macance" w akabskim porcie, zapakowaliśmy się całą gromadą w autokar i ruszyliśmy od razu właśnie do Wadi Ramm.

Amman w pierwszej odsłonie...

Gdy dojeżdżamy do Ammanu, jest już późny wieczór, ale mimo to miasto jest pełne ludzi. Niemałe zdumienie budzą liczne grupki biesiadujących na tarasach domów i wprost na skwerach przy ulicach. Siedzą całymi rodzinami na turystycznych krzesełkach przy suto zastawionych stolikach, oświetleni małymi lampkami, albo reflektorami aut, którymi dojechali. Tak mieszkańcy stolicy Jordanii świętują piątek – dla muzułmanów dzień święty, podobnie jak dla chrześcijan niedziela.

Amman jest miastem dużym i nowoczesnym. Żyje tu ponad dwa miliony ludzi. Próżno szukać w nim takich atrakcji historycznych i turystycznych jak np. w syryjskim Damaszku. Nie ma tu zabytkowej starówki czy stylowego, orientalnego bazaru. Jedyne zabytki – to resztki świątyni z czasów rzymskich na wzgórzu Dżabal Al-Kalat, górującym nad całą aglomeracją. Wiele jest natomiast nowoczesnych wieżowców, pięknych rezydencjonalnych osiedli. Na każdej ulicy po kilka kawiarenek internetowych. Pod względem cybertechniki i otwarcia na świat Królestwo Jordanii kładzie na łopatki sąsiednią Syrię, gdzie dostęp do internetu jest ściśle limitowany i cenzurowany przez władze państwowe.

Pierwszy kontakt z Ammanem zgodnie z założeniami miał być jedynie noclegiem. Tak też się stało. Rankiem wyruszamy do Syrii na dwa dni. Po drodze do granicy mamy zajrzeć jeszcze do Gerazy.

Jordańczycy sprawiają wrażenie ludzi otwartych i miłych, ale momentami zaskakują niektórymi zwyczajami. Ktoś wcześniej opowiadał mi na przykład, że bagażowym w hotelach, podczas ładowania bagaży do autokarów, trzeba wskazywać palcem każdą torbę i walizkę z osobna, potwierdzając ich przeznaczenie do załadunku, nawet jeśli są ustawione w odrębnej gromadce tuż przy lukach bagażowych. Mam okazję osobiście to sprawdzić rano przed hotelem. Kiedy przerywam na chwilę wskazywanie paluchem jakiejś torby, dwaj smagłolicy bagażowi w niebieskich liberiach natychmiast zaprzestają swojej pracy, prostując grzbiety w nadziei fajrantu. Trochę to głupie, ale widać tak ma być...

Geraza

Geraza to pozostałości antycznego miasta rzymskiego, jednego z najlepiej zachowanych na Bliskim Wschodzie. Swoją sławą dorównuje trzem innym perłom tej części świata – Petrze, Palmyrze i Baalbek. Chyba w żadnym z wymienionych miejsc nie pozostało aż tyle stosunkowo dobrze zachowanych starożytnych budowli, co tu.

Ów skarb leży ok. 50 km od Ammanu po drodze do Irbid. Geraza to nazwa historyczna, ruiny przylegają do współczesnego miasta Jarash (Dżarasz).
Docieramy autokarem wprost pod wielki łuk triumfalny – Łuk Adriana, będący główną bramą wejściową na teren starożytnego grodu. Pierwszy widok robi ogromne wrażenie – olbrzymia przestrzeń (na oko co najmniej sto hektarów) z lasem kolumn różnej wielkości, z ruinami po monumentalnych budowlach.
Geraza została odkryta w 1806 r. przez niemieckiego podróżnika Ulricha Seetzena. Przetrwała wieki przysypana piaskami i pyłami po trzęsieniach ziemi, jakie nawiedzały te okolice.

Źródła niejednoznacznie określają początki tego miasta. Jedne podają, że powstało z polecenia Aleksandra Macedońskiego w IV w. p.n.e., inne – że zaczęto je wznosić za Ptolemeusza, władcy egipskiego w III wieku p.n.e., jeszcze inne wspominają o wkładzie Antiocha – króla Seleucydów w II wieku p.n.e., stąd przez jakiś czas zwano je Antiochią.
Rozwinęła się głównie dzięki handlowi z Nabatejczykami z Petry w I wieku n.e., chociaż jej największy rozkwit nastąpił pod panowaniem pogromcy Nabatejczyków – cesarza rzymskiego Trajana, w 106 r. Zamieszkiwało ją wówczas 25 tysięcy ludzi. Kwitła pomimo różnych zawirowań praktycznie aż do najazdu perskiego na przełomie VI i VII wieku. W XIII wieku arabski geograf Yakut, opisywał ją już tylko jako morze gruzów.

Ruszam na spacer po ruinach miasta z jego południowego krańca, wyznaczonego właśnie przez Łuk Triumfalny ku czci cesarza Hadriana (Adriana, 129r. n.e.). Ostre słońce podkreśla korynckie półkolumny tej budowli, zdobione kamiennymi liśćmi akantu, rozdzielające trzy otwory bram – środkową największą od mniejszych bocznych. Podążam wzdłuż głównej alei, mijając hippodrom po lewej, gdzie do dziś odbywają się pokazy walk gladiatorów, wprost do Rynku Owalnego – sztandarowego miejsca w Gerazie. Jest to spory plac w kształcie elipsy z kolumną jońską po środku i kolumnadą dookoła. Wiedzie od niego kilka ulic w różnych kierunkach, m.in. główna ku północy – cardo maximus, licząca 800 m. Cardo ma dobrze zachowaną pierwotną nawierzchnię przykrywającą tunele dawnej kanalizacji. Aleja cardo ograniczona jest po obu stronach gęstą kolumnadą. Na wzniesieniu od strony północno-zachodniej stoją zgliszcza świątyni Artemidy z 13-metrowymi kolumnami. Świątynię usytuowano w epicentrum jakichś tajemniczych drgań tektonicznych – jeden ze smukłych filarów cały czas lekko drży, wystarczy na jego podstawie położyć jakiś drobny przedmiot, by widzieć jak się przesuwa (doświadczamy z kluczykami samochodowymi, niesamowite!)
W sąsiedztwie znajdują się fundamenty i fragmenty ścian trzech kościołów wczesnochrześcijańskich (V-VII w. n.e.) – kościół Świętych Kosmy i Damiana, kościół Św. Jana Chrzciciela oraz kościół Św. Jerzego – wszystkie z dobrze zachowanymi oryginalnymi mozaikami.
Ze wzgórza Świątyni Artemidy ku stronie wschodniej schodzi się przez rejon tzw. propylejów - szerokimi schodami, wracając wprost do Cardo Maximus. W tym miejscu warto na chwilę zatrzymać się przy nimfeum (191 r. n.e.) – półkolistej kilkumetrowej ścianie, pierwotnie bogato zdobionej płaskorzeźbami z fontanną usytuowaną centralnie. Było to miejsce kultu nimf, z którego rozprowadzano także wodę akweduktami.
Opuszczając bezkres „kolumnowego lasu” Gerazy, zahaczamy jeszcze całą grupą o starożytny amfiteatr. Jeden z dwóch tutejszych, położony nieopodal hippodromu. Mógł pomieścić 5 tysięcy widzów, ma doskonale zachowaną widownię i skene. O jego zdumiewającej akustyce przekonuje nas grupa kobziarzy w mundurach straży pustynnej, która pojawia się niespodziewanie, by dać nam krótki pokaz swych umiejętności muzycznych za "małe co nieco" do skarbonki.
Jeszcze parę fotek z kobziarzami i ruszamy w stronę granicy syryjskiej. Reszta Jordanii na razie poczeka...
/Relację z Syrii umieściłem w oddzielnej części zajrzyj na skróty/

Amman w drugiej odsłonie...

Z pobytu w Syrii wracamy bezpośrednio do Ammanu (znów wieczorem!) .
Następnego dnia od rana rekonesans po mieście. Najpierw historia – docieramy na słynne wzgórze Al Kalat, z którego wspaniale widać panoramę stolicy Królestwa Jordanii. Miasto w ogóle jest rozlokowane na kilku wzgórzach. Ma gęstą, różnorodną zabudowę – z jednej strony wieżowce biznesowego city tzw. Downtown Amman, obok dzielnice hoteli, willi i apartamentowców, a dookoła mnóstwo typowych arabskich pudełkowatych domeczków.
Na szczycie Al Kalat trwają niczym warta pozostałości świątyni Herkulesa (kilka zespołów kolumn). Są też: budynek dawnego kościoła bizantyjskiego z VI. wieku, ruiny cytadeli i pałacu Umajjadów z VII wieku oraz wydrążona w skale okrągła, ogromna starożytna cysterna na wodę. Na szczycie wzgórza znajduje się także Narodowe Muzeum Archeologiczne. Przed jego wejściem umieszczono ...fragment dłoni – wykopaną tu, jedyną ocalałą część kilkumetrowego antycznego posągu Herkulesa. Samo muzeum jest niewielkie, za to posiada eksponaty sięgające 5 tysięcy lat p.n.e.
Ze wzgórza widać w dali odeon i amfiteatr z okresu rzymskiego, z widownią na 6 tysięcy osób. Obok nich przebiega duża ulica Al Hashimi.

Potem jeszcze jakąś godzinę włóczymy się autokarem po mieście – obok pałacu królewskiego, gdzie codziennie pod bramą tłoczą się tłumy petentów, obok - przekrytego błękitną kopułą - meczetu Króla Abd Allaha , przy silnie strzeżonej ambasadzie USA, a także po wychuchanej dzielnicy eleganckich willi. Ogrodzenie jednej z nich wzbogacono w detale z ...prawdziwego złota.
Amman sprawia wrażenie miasta bogatego i bardzo zadbanego.

Madaba, Betania i góra Nebo...

Do Madaby docieramy tuż przed południem. Jest sporym miastem, liczącym ok. 70 tysięcy mieszkańców. Jej historia sięga blisko 5. tysięcy lat. Wzmiankuje o niej Biblia jako o „Medebie zamieszkiwanej przez Moabitów”. Nie przetrwało jednak zbyt wiele śladów tej bogatej historii – miasto w VIII wieku nawiedziło wielkie trzęsienie ziemi. Zachowały się nieliczne ślady odkrywane na nowo w dwóch lokalnych małych parkach archeologicznych.

Miejscowość ta słynie przede wszystkim z mozaik – wytwarzano je i układano tutaj już w starożytności. W grecko-ortodoksyjnym kościele Św. Jerzego zachowała się słynna Mozaika Ziemi Świętej (VI w. n.e.), przedstawiająca panoramiczną mapę rejonu Jerozolimy oraz innych miejsc związanych z dziejami Jezusa i Apostołów. Zdobiła posadzkę świątyni tuż przed prezbiterium, mając pierwotnie wymiary 16 na 6 metrów. Przetrwała paradoksalnie dzięki ikonoklazmowi w VIII wieku, potępiającemu oddawanie czci figurom, obrazom i ozdobom religijnym. Przykryta wtedy inną skromniejszą posadzką, zachowała się w dobrym stanie do naszych czasów.
Korzystając z czasu wolnego urywam się samotnie w miasto na fotograficzne łowy. Przy jednej z uliczek napotykam manufakturę elementów mozaikowych. Jej właściciel chętnie zaprasza mnie do wnętrza i pozwala sfotografować proces tworzenia. Mówi o swojej pracy z prawdziwym pietyzmem. Nad warsztatowym stołem pochylone dwie pomocnice – niewiasty muzułmańskie o zakrytych twarzach. W ich dłoniach powstają detale wyobrażające postaci z otoczenia Chrystusa.
W Madabie żyją obok siebie zgodnie muzułmanie i chrześcijanie różnych obrządków. Tych ostatnich jest ok. 40 procent.

***

Betanię nad Jordanem witamy w samym południowym skwarze. 53 stopnie Celsjusza! Po prostu boli głowa od żaru... Idziemy wzdłuż zasieków granicy izraelsko-jordańskiej, kierując się do rzeki poprzez niski cedrowy zagajnik. „Zagajnik” to chyba słowo większe od tutejszych drzewek, których wątłe cienkie gałązki nie są w stanie zapewnić najmniejszego cienia.
Rejon ten właściwie nazywa się Al-Maghtas. Przez wszystkie kościoły chrześcijańskie jednomyślnie ogłoszony „Betanią”, czyli miejscem chrztu Jezusa w wodach Jordanu, kiedy wykopaliska archeologiczne potwierdziły tutaj obecność licznych basenów chrzcielnych, śladów masowych pielgrzymek, antycznej rzymskiej drogi oraz wczesnochrześcijańskich kościołów. Nieopodal wyrasta Wzgórze Eliasza (Dżabal Mar Elias), skąd prorok odjechał do niebios ognistym rydwanem.
Sam Jordan trochę mnie rozczarowuje. O tej porze roku jest to raczej obrośnięty krzewami, płytki parów z zieloną wodą. Podobno w okresie tutejszej zimy znacznie przybiera. Obok niewielkiej skarpy, wskazywanej jako miejsce chrztu Pańskiego wznosi się greko-katolicka kaplica. Do rzeki schodzi się małym drewnianym pomostem, obok którego pełni wartę jordański strażnik graniczny. Za rzeką już Izrael. Drugi brzeg – choć dwa kroki – ponoć naszpikowany minami. Zanurzam w świętej rzece swe zmęczone ciało...

***

Góra Nebo leży 8 kilometrów na zachód od Madaby. Ma 802 m n.p.m. wysokości. Jest najpopularniejszym w Jordanii celem pielgrzymek. Według Starego Testamentu była ostatnim miejscem, do którego dotarł Mojżesz, prowadząc Lud Wybrany do Ziemi Przeznaczonej. Ze szczytu Nebo wskazał zieloną dolinę w oddali jako cel wędrówki. Tutaj wkrótce skonał i jest pochowany gdzieś u podnóża (poszukiwania jego grobu trwają).
Rzeczywiście, ze szczytu rozciąga się imponujący widok Ziemi Świętej, ten sam, który pojawia się zwykle na zdjęciach w publikacjach na jej temat. Dookoła pustynne góry i przełęcze, w dali na wschodzie widać zarysy miasta Jerycho oraz Jeziora Tyberiadzkiego. Na północnym horyzoncie olbrzymia plama z konturami budynków, pobłyskująca kopułami świątyń – to oddalone o 45 kilometrów – Święte Miasto... Jerozolima. Z lewej strony rozciąga się lazur Morza Martwego.
Nebo, zwana po arabsku Dżabal Naba, albo Siyagha, już w czasach cesarstwa bizantyjskiego stanowiła masowo nawiedzane sanktuarium. Wykopaliska archeologiczne potwierdzają obecność na górze znacznej liczby ludzi w czasach, o których pisze Księga Wyjścia.
Na Nebo znajdują się: kościół i kaplica Franciszkańskiej Kustodii Ziemi Świętej, małe muzeum, tablica upamiętniająca obecność Mojżesza oraz ślady wizyty Papieża Jana Pawła II z 2000r., w postaci obelisku oraz drzewka oliwnego, zasadzonego osobiście przez Ojca Świętego.

Morze Martwe...

Zjeżdżając z góry Nebo na wybrzeże Morza Martwego, ponoć bijemy rekord – ze szczytu na plażę w 17 minut! Przez całą drogę w dół, mimo zakrętów serpentyny szosy, siedzę na podłodze z przodu autokaru i fotografuję przez przednią szybę. Kierowca chytrze próbuje mi pokazać, czym jest siła odśrodkowa i hamowanie. Na szczęście nieskutecznie.
Nie spodziewałem się, że kiedyś w życiu dotrę aż nad to najdziwniejsze z mórz...
Osobliwie brzmi – „Morze Martwe leży 410 m poniżej poziomu morza”. Istotnie, wypełnia ono najniższą depresję świata. Jest zarazem najbardziej zasolonym akwenem wodnym Ziemi, przez co jego gęste wody wypychają ludzkie ciało na powierzchnię.
Tak naprawdę; nie jest ono morzem lecz jeziorem. Z większości miejsc widać przeciwległą linię brzegową. Stale się zmniejsza, ponieważ zasilające go wody Jordanu są coraz silniej eksploatowane. Przed 17. tysiącami lat Morze Martwe stanowiło jedną całość z odległym o 140 km Jeziorem Tyberiadzkim, jeszcze wcześniej łączyło się z wodami Morza Czerwonego doliną Wadi Araba.
Ponad dwie godziny spędzamy w jednym z ośrodków plażowych, pławiąc się w kaskadowych basenach ze słodką wodą, położonych powyżej plaży. Naturalnie poświęcam tez trochę czasu na zażycie kąpieli morskiej. Słona woda rzeczywiście wypycha na powierzchnię, ale nie jest prawdą, że można w niej dryfować siedząc i czytając gazetę. Rzeczywiście dryfuję siedząc, ale cały czas mam wrażenie, że za chwilę odwróci mnie głową w dół. Pływać trochę trudno, zwłaszcza, gdy woda dostaje się do oczu. Piecze straszliwie.

Zachód słońca z żoną Lota...

Znad Morza Martwego udajemy się późnym popołudniem w kierunku Wadi Musa, gdzie mamy nocować. Jest to niewielka miejscowość, która z racji swojego położenia stanowi zwykle bazę postojowo-noclegową dla wycieczek zmierzających do Petry.

Przez dłuższy czas podążamy szosą ciągnącą się stromym morskim brzegiem. Na chwilę zatrzymujemy się w miejscu, gdzie zgodnie z biblijnym przekazem miały runąć w morską topiel nierządne miasta Sodoma i Gomora. Brzeg jest tutaj urwisty, zaś toń morska ma barwę ciemniejszą, co wskazuje na głębię. Ponad szosą, na skale po przeciwległej stronie – dziwna kamienna formacja, przypominająca postać kobiety. Według podań jest to żona biblijnego Lota – jedynego prawego człowieka, któremu Bóg pozwolił ujść z życiem z kataklizmu. Jego żonę zamienił jednak w kamień, gdy zawahała się na chwilę podczas ucieczki. Tak trwa do dziś ku przestrodze wątpiącym...
Zachodzące słońce chyli się coraz bardziej ku spokojnym morskim falom, rzucając poświatę na błękitne wody. Promienie zwłaszcza teraz podkreślają wyraźnie osady solne u podnóża przybrzeżnych skalnych bloków .

Sadysta z Karaku...

Jeszcze jeden postój po drodze do Wadi Musa – zamczysko Karak. Wznosi się ponad zakrętem szosy na podłużnym wzgórzu. Część murów tej warowni wtapia się obecnie w budowle miasteczka Al-Karak. Twierdza ta (Crac de Moabit) została wzniesiona przez krzyżowców przybyłych w te strony w 1142 r. Była ówcześnie uważana za centrum podległej im zamożnej prowincji. Znajdowała się w dogodnym i ważnym strategicznie miejscu, na skrzyżowaniu prastarych szlaków – Drogi Królewskiej i traktu znad Morza Martwego. Wielokrotnie bezskutecznie oblegana przez muzułmanów m.in. przez największego stratega arabskiego doby krucjat – Saaladyna.
W latach 70. XII wieku forteca znajdowała się pod zarządem templariusza Renalda (Reginalda) de Chatillon, otoczonego złą sławą – sadysty, grabieżcy i niegodziwca. Lubował się wyrafinowanymi troturami wobec pojmanych Arabów, których m.in. zrzucał z zamkowych murów w kilkusetmetrową przepaść, zakładając uprzednio na ich głowy drewniane skrzynki, zapewniające częściową ochronę, by do końca czuli ból łamanych kości, uderzającego o skały ciała. Zasłynął także z łupieżczej wyprawy na Cypr, za co miał być ukarany przez bizantyjskiego cesarza Manuela, którego jednak zwiódł udając skruchę i przywdziewając dla pozoru pokutne szaty. Nie dotrzymywał słowa i nie szanował postanowień rozejmowych, podstępnie napadając na muzułmańskie karawany kupieckie i pielgrzymie. Powziął także zamiar zniszczenia Mekki, udaremniony przez Saaladyna. Ostatecznie dostał się do niewoli w 1187 roku, po klęsce wojsk Królestwa Jerozolimy pod Hattin i został osobiście ścięty przez Saaladyna, jako dopełnienie ślubowania zemsty za przelewaną przez de Chatillona krew muzułmańską.
Wątki tej historii pokazuje film Ridleya Scotta – „Królestwo Niebieskie”. Świetnie zrobiony, choć w kilku momentach mija się z prawdą historyczną. Szkoda też, że nie kręcono go w autentycznych jordańskich plenerach, lecz w Maroku. Mimo wszystko polecam.

Petra – tajemnicze, skalne miasto...

Najbardziej wyczekiwany dzień w całej podróży po Jordanii – właśnie dzisiaj wchodzimy do osławionej Petry. Tajemnicze starożytne miasto, położone na pustynnych terenach, otoczone wieńcem gór, niedostępne. Jego niepowtarzalność wynika z faktu, iż większość tutejszych monumentalnych budowli nie została wzniesiona, lecz wprost wykuta w piaskowcowo-lawowych skałach. Wykuta w najdrobniejszych detalach, z olbrzymim artyzmem, niebywałym wysiłkiem i poświęceniem..
Droga do „bram” Petry wiedzie początkowo wzdłuż, wyschniętego latem, koryta rzeki Wadi Musa. Po obu jego stronach widać tzw. dżiny, czyli niewielkie grobowce i zarazem ołtarze ("pustynne duchy"). Mijamy dwa największe na tym odcinku – Grobowiec Obelisków oraz Tryklinum. Dalej droga wiedzie wąskim, malowniczym wąwozem Siq o wysokich stromych ścianach, wijącym się ponad kilometr. Na niektórych jego odcinkach z trudem mieszczą się dorożki konne, posługujące turystom. W 1963r. doszło tu do tragedii – podczas ulewy do wąwozu nagle wtargnęły masy wody, zginęło 22. Francuzów.

Petrę stworzyli Nabatejczycy – tajemniczy lud semicki, opisywany już w VI w. p.n.e. przez greckich kupców. Wydaje się, iż pełniła rolę stolicy. Wiadomo, że jako ważne centrum handlowe, leżała na skrzyżowaniu szlaków z Indii do Egiptu oraz z Półwyspu Arabskiego do Syrii. Wiadomo także o jej ważnej roli kultowej – podczas wykopalisk odkryto kilkanaście świątyń różnych bóstw; Skrzydlatego Lwa, bogini Allat (arabska Wenus), Aluzzy, Manat i najważniejszego boga nabatejskiego – Duszary. Petra, posadowiona w skalnej dolinie, do której wiódł wąski wąwóz, dzielnie stawiała czoła najazdom m.in. Heroda I Wielkiego, Oktawiana Augusta. Ostatecznie jednak pod koniec pierwszego nowożytnego stulecia została autonomiczną prowincją Imperium Rzymskiego. Była miastem wielonarodowym, zamieszkiwanym prawdopodobnie przez kilkanaście tysięcy ludzi. Jej największy rozkwit przypada na I w. p.n.e. oraz I w. n.e. Potem stopniowo zaczęła tracić na znaczeniu. Zostaje zupełnie zapomniana po okresie wojen krzyżowych i zdobyciu jej przez wojska Salah ad-Dina (Saaladyna) w 1189r. "Wraca do życia" dopiero XIX w., dzięki odkryciom Szwajcarów. Największe zasługi miał w tym niejaki Johann Burckhardt – postać barwna, pierwowzór Lawrencea z Arabii i Indiany Jonesa w jednym. Podróżujący po Jordanii i Syrii w stroju arabskim jako Ibrahim ibn Abdullah, uchodzący za wykształconego muzułmanina, w istocie szwajcarski kulturoznawca, który wkradł się w łaski miejscowych beduinów, by posiąść sekret o "tajemniczym skalnym mieście pełnym skarbów".

Mijam kolejny zakręt ciasnego wąwozu Siq. Po obu stronach strome ściany skalne, wysokie na około sto metrów, mieniące się w słońcu piaskowo-czerwonawą barwą. Tylko gdzie niegdzie daje się dostrzec wąziutki paseczek nieba u góry. Wzdłuż ściany po lewej, na wysokości ok. 1,3 metra ciągnie się wykute kamienne koryto – pozostałość akweduktu, niegdyś zaopatrującego miasto w wodę. Od połowy wąwozu – to z jednej, to z drugiej strony na skałach – można zauważyć zachowane różne tajemnicze płaskorzeźby m.in. małe ołtarzyki, karawana, ludzkie stopy i nogi wielbłądów...
Nagle, przy końcu wąwozu, widok niemal rzuca mnie na kolana – oto poprzez skalną szczelinę wyłania się fragment oświetlonej słońcem, imponującej antycznej budowli. Widać kawałek portyku oraz kolumnady w greckim stylu. To wizytówka Petry – Khazne Al-Firaun (Skarbiec Faraona). Za chwilę stoję już przed frontonem tego gmachu, by podziwiać go w całej okazałości. Wprost trudno dać wiarę, że z najdrobniejszymi detalami listków wieńczących filary – został wydarty skale przy pomocy dłut nieznanych nabatejskich mistrzów sprzed tylu stuleci...
Fronton tej budowli wykorzystano do nakręcenia scen finałowych jednej z przygód Indiany Jonesa – "Ostatnia krucjata". Stoję więc na dodatek w miejscu hollywoodzkiego planu filmowego... Dwukondygnacyjne wnętrze budowli składa się z zaskakująco małych pomieszczeń. A może za tymi ścianami kryją się jakieś dotąd nie odkryte sale - wszak podania głoszą, że skrywano tu ogromne skarby króla Aretasa...

Spod Khazne kieruję się do serca "skalnego miasta" – kotliny Wadi Musa (Dolina Mojżesza). Mijam najpierw grobowce i amfiteatr. Dookoła, w ścianach skał, na różnych poziomach, mnóstwo niewielkich jaskiń z małymi okienkami, pełniących niegdyś rolę domów. Widok w dolinie nie mniej imponujący niż spotkanie ze Skarbcem – po prawej gigantyczne (po kilkadziesiąt metrów wysokie), zespolone ze sobą Grobowce Królewskie, wykute pod granią skały Dżabal al-Chubza. Przed jednym z nich – Grobowcem Urnowym, olbrzymi taras i strome schody. Środkiem doliny wiedzie aleja wprost do ruin zamku krzyżowców, a po drodze do Świątyni Duszary, z charakterystycznym strzelistym łukiem frontonu. Postanawiam podarować sobie jeszcze półgodzinną wspinaczkę urwistą i krętą górską ścieżką w czterdziestostopniowym upale, aby dotrzeć do położonego kilkaset metrów wyżej, klasztoru Ad-Dajr, zwanego Monasterem. Mój trud zostaje sowicie wynagrodzony – ze szczytu rozciąga się wspaniała panorama. Sam Monaster do złudzenia przypomina Khazne, lecz jest potężniejszy – 50 m wysokości i 45 m szerokości. Ta, niezbadana do końca, świątynia nabatejska była w czasach wczesnochrześcijańskich siedzibą męskiego zakonu...

Ciąg dalszy nastąpi..



-->Inne moje podróże

-->Powrót do strony głównej


Ksywka*


Tekst*


Przepisz kod*
kod


brak komentarzy